Jak to się mówi? Porwać się z motyką na słońce? Tak, właśnie o tym będzie to opowieść. O wyzwaniu, o marzeniu, o nadziei, o spełnieniu - o każdym z osobna i o wszystkich naraz.
Hop, hop! Jest tu ktoś?! Ja jestem. Po długim milczeniu, wielu emocjach i na świeżo po kilkunastodniowej kuracji antybiotykowej. Trochę czasu minęło od 17 kwietnia. I żaru też mniej. Ale niczego nie kończymy. Bo - nie zna jędrusia ten co nie wierzy w cuda... Ktoś mądry tak powiedział.
To może wróćmy do tematu. Film. Niesamowita sprawa jak radość z jego powstawania mieszała się z jakimś głupim poczuciem winy, o którym zdaje się tu jeszcze nie pisałem. Zresztą pisanie stawało się coraz bardziej niebezpieczne. Zbyt wiele słów, zbyt wiele przeżyć bardzo chciało ujrzeć światło dzienne. I jeszcze wszystkie w człowieku siedzą. A film? O nim już naprawdę wiele napisać się nie da. Miał być wielkim wydarzeniem, skończył się klapą. Choć jest taki uroczy, a parę osób za samo użycie słowa „klapa” gotowych jest mnie ofuknąć, albo pioruny wzrokiem rzucić...
O Jacku Mące pisałem. Świetny gość. Dzięki niemu już któryś raz w życiu udało mi się zrealizować marzenie. Razem z nim, Dianką małżonką Jacka, Łukaszem i jego kamerą, ze mną i dwiema szpadami udaliśmy się do Karczmy Pod Strzechą. - Ale to świetne miejsce - ocenił Jacek. Po chwili przedzierzgnął się w zazdrosnego karczmarza, który pojedynkuje się z jędrusiem, smalącym cholewki do urodziwej karczmareczki. Mówię Wam - się działo w tej karczmie. Różne rzeczy tam wiedzieli, ale takiego pojedynku na pewno. Jacek był wielki. Dał z siebie tyle uczuć. Walczył, krzyczał, układał pojedynek, chrypiał, pocił się. Poszedł na maksa! A przecież za chwilę miał wsiąść do samochodu i jechać do Francji, gdzie zaczynał próby do kolejnego przedstawienia. I wszystko do muzyki z „Czarnych Chmur” (tę podłożyliśmy dopiero w montażu). Piękna sprawa. Tego nikt nie wie, ale sceny z karczmarką nagraliśmy dzień później już bez niego :-)
I niezależnie od tego co sie stało później, tej zabawy i wspomnień nikt nam nie zabierze.
Ciężko było dalej ruszyć z kopyta. Choć plany były inne, więcej z Buźką już nakręcić się nie dało. Latał cały czas z papierami, coś załatwiał, wszędzie było go pełno, tylko nie tu gdzie potrzeba. Na kilka dni przed kręceniem sceny tańca zbiesił się, później wytłumaczył pogrzebem w rodzinie (szczerze mu współczułem), a na koniec wyjechał na kolejne zgrupowanie. Były też problemy, żeby dograć terminy z dziewczynami z Impresji (to zespół taneczny Szkoły Wyższej im. Pawła Włodkowica - pisze pełną nazwę, bo uczelnia bez sensu czepia się zespołu, gdy ten występuje jako sama Impresja, choć i tak jest jednoznacznie kojarzony z Włodkowicem). Już wiedziałem, że resztę filmu, będziemy musieli zrobić bez Buźki, co pociągnęło kolejne zmiany w scenariuszu. Pomału też zostawałem z tym wszystkim sam. Trochę z własnej winy, trochę przez egoizm...
Nie było Buźki, nie było Jacka Mąki. Coś jednak trzeba było robić. Oddaliśmy się w ręce Kasi Sylwestrzak, szefowej Impresji, prywatnie żony Arka, który był drugim i ostatnim basistą Syreny 104. To ona wybiła mi z głowy pomysł z „Jeziorem łabędzim”. Za to bardzo jej się podobała piosenka Bee Gees „Staying Alive”, do której pierwotnie miała się rozgrywać finałowa scena z Buźką (ta która ostatecznie nigdy nie powstała). To ostatecznie do niej zaczęliśmy ćwiczyć z Kozą i dziewczynami z Impresji. Ciężko szło. Zwłaszcza jędrusiowi (wolę pisownię przez małe j), choć i Koza z przeszłością w Zespole Pieśni i Tańca „Dzieci Płocka” miał problemy. W sumie to on miał jeszcze większe, bo z jednej strony przyszedł na próbę i znów jak za dawnych czasów zaczął nawijać o Oli, z drugiej wpadła mu w oko jedna z dziewcząt, choć początkowo nie wiedział na której na dłużej oko zawiesić. Naprawdę Impresja to fajne laski, które tak tymi nóżkami i rączkami przebierają, że aż się serce raduje. Zwłaszcza jak robią te swoje „pasikoniki” - tak nazwałem jeden z kroków, co rozbawiało je za każdym razem. Ja jedynie byłem nieśmiały, bałem się ruszyć ręką i nogą, potwornie ciążył mi brzuch i lustra na sali baletowej. Dla mnie to wyglądało dramatycznie, ale w chwilach, gdy wszystkim nam wychodził układ, zabawa była fajna. Zresztą jak nie wychodził też była fajna.
Zobaczcie nasze dziewczyny :-)
Ćwiczyliśmy, ćwiczyliśmy i obmyślaliśmy z Kasią stroje w jakich powinniśmy wystąpić. W sumie zabawa była fajna i to były chyba jedyne chwile kiedy odzyskiwałem radość z przygotowań do kręcenia filmu. Zaraz za salą, było zdecydowanie gorzej. A Bal zbliżał się wielkimi krokami, a pytań co ja szykuję było bez liku. A najgorsze, że scenę disco mogliśmy nakręcić dopiero 15 lutego, na dwa dni przed balem i trzy dni po planowanym, ostatecznym zakończeniu zdjęć!!! Wspomniany 12 lutego, kiedy miał być w Płocku Jacek Mąka, zrobił się 14 lutego. Co oznacza, że na zrobienie filmu, nakręcenie wszystkiego i przygotowanie ostatecznej wersji scenariusza, montaż, korekty i takie tam „pierdoły”, z nagraniem gotowej płyty dvd włącznie, mieliśmy ledwie trzy dni. Mało... zważywszy, że i te terminy uległy lekkiej zmianie. To już mnie jednak nie powinno dziwić.
Tak po prostu, tak zwyczajnie, tak prosto z serca - radości i ciepła, a jak one będą to miłość się sama znajdzie. Tego wszystkiego życzy Wam jędruś z (jak to powiedzial Buźka z Karolą) muszkieterami. Zawsze i wszędzie kochajcie się, kochajcie życie, kochajcie świat. Wtedy wszyscy będziemy szczęśliwsi.
Nadszedł czas zdjęć. Umówiliśmy się w trójkę w PTW. Koza miał się spóźnić. W sumie nie był nam od razu potrzebny. Najpierw mieliśmy skręcić - chyba pierwsze w Płocku - tak bardzo zimowe zejście na Wisłę. Emocji było sporo, bo to przecież śnieg zdążył spaść i się roztopić, i znów spaść, a i kry mnóstwo. Byłyby jaja, gdybyśmy się skąpali, co nam groziło w każdej chwili. Do łódki trzeba przecież było wsiąść, a pomosty zdjęte. Zanim jednak wylądowaliśmy na wodzie, Łukasz wziął mnie i Buźkę w niezłe obroty. Najpierw były sceny w hangarze, z otwieraniem drzwi, z wynoszeniem łódki, z przygotowaniem wioseł itd. A ile było przy tym dubli!!! Hamburka ciężka jak licho, ja z tym bolącym jeszcze trochę barkiem i dźwiganie w te i nazad, bo to kamera pokazywała ze środka, z zewnątrz, z takiego kąta, z takiej wysokości, z ziemi... Zanim ostatecznie znalazła się w wodzie, zdążyło się ściemnić, a i deszczyk zaczął siąpić. Groziło nam wszystko od zwykłej anginy, po dużo gorsze choróbska, nie mówiąc o sprzęcie Łukasza, który w każdej chwili mógł odmówić posłuszeństwa. I tak nas ganiał. Powtarzaliśmy wszystko niemal w nieskończoność. Szczerze powiem, że dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z wagi przedsięwzięcia. Mieć pomysł to jedno, a zrealizować go to drugie. Czekało nas mnóstwo roboty.
Po zdjęciach plenerowych przyszedł czas na pomieszczenia. Chciałem, żeby Łukasz pokazał jak trenujemy razem na ergometrach. Jak się później okazało w sali zostały tylko dwa, a i to rozklekotane. Był jeszcze jeden przedpotopowy, na którym w końcu usiadł Koza. Tu też kamera krążyła wszędzie i jakoś sobie radziliśmy. Te sceny miały być m.in. wprowadzeniem do części filmu poświęconej Kozie. Miał zmęczony „zamknąć” oczy na ergometrze, wtedy pokazana byłaby jego historyjka. Wszystko rodem z Rockyego. Mniej więcej miało się to sprowadzać do tego, że on w ringu byłby okładany przez kolejnych przeciwników, a ja miałem być jego sekundantem. Czy jakoś tak. Miało być też bardzo wyraźne odniesienie do jego „rozrywkowego” (zresztą miało ono być w każdej z historii, przy mojej i tej Buźkowej, też melancholijnie miał występować z butelką) trybu życia. Na koniec miałem wkurzony rozgonić towarzystwo. Ostatecznie Koza nie chciał, żeby to tak wyglądało. Chciał być sam bohaterem. Więc w rytm słynnego „Oka tygrysa” biegał po schodach nad Wisłą, walczył z cieniem i dopiero ja na koniec znudzony, waliłem go w ryj. Właściwie chciał, żebym naprawdę uderzał, a nie markował. Kurczę jak to kręciliśmy miałem przeczucie. Dlaczego ten jeden jedyny raz nie posłuchałem Kozy bez zastrzeżeń?
Później podczas ćwiczeń na siłowni mieliśmy nakręcić moje „przejście” w romantyczną historię. Buźka miał wleźć pod prysznic i tam zamyślając się puścić wodze fantazji. W Tym wypadku chciałem, żeby taki macho zamknął te swoje oczy zmęczony, a widzowie zobaczyliby o czym może myśleć taki twardziel pod prysznicem. Tu już mieliśmy zatańczyć sceny z Jeziora łabędziego :-) Co z naszych planów zostało? Niewiele. Czołówka filmu miała się wszak składać ze zdjęć bobasów, ale Łukasz tak zmontował nasze zejście na wodę, że zmieniłem decyzję. Ten filmik z piosenką, którą on sam wynalazł był idealną czołówką. Sceny z ergometrów ostatecznie zamykały nasz film i... nie było żadnego zamykania oczu. Dlaczego? No o tym następnym razem. Na razie dość powiedzieć, że wszystko zaczęło się po prostu pieprzyć...
Dzisiaj wszystko schodzi na plan dalszy. Pewnego, dziś już nawet Buźka nie pamięta, ciepłego czy zimnego dnia, na świat przyszedł i zrobił sobie jaja z rodziców... Buźka. Oto jak sam zainteresowany wspomina te doniosłe wydarzenia: - Mój największy numer na Prima Aprilis? No zrobiłem go rodzicom. Mama urodziła wcześniej dwóch moich braci i podobno wszystkim powtarzała potem, że trzecia ma być i będzie dziewczynka. Przyszedł 1 kwietnia 1963 roku, poród i proszę. Dziecko się zgadzało, tylko nijak nie wyglądałem jak dziewczynka, ani chybi przez „ptaszka” w miejscu, w którym dziewczynki mają co innego. Tak, to chyba najlepsze, co mogłem zrobić.
Buźka! Nietrudno sobie policzyć, że Ty już - cytując film - stara dupa jesteś! Ale wiesz co? Nam się ciągle chce z Tobą gadać :-) Trzymaj się i bądź wytrwały w dążeniu do złota w Pekinie. Masz szansę stać się doskonałym trenerem. Pierwszy krok już zrobiłeś, starając się ze mnie zrobić wioślarza. Teraz już powinieneś mieć z górki hihihi. Zdobądź Pekin, a wtedy świat będzie nam zazdrościł. Świat będzie zazdrościł, że możemy sobie nawrzucać i znów się spotkać przy piwku, że możemy razem wsiąść do łódki, że możemy razem siąść na ergometrach, że możemy osobno wejść pod prysznic...:-) Życzę Ci, żeby kiedyś ktoś powiedział: No tak mieliśmy w historii kina „Siedmiu samurajów” i „Siedmiu wspaniałych”, a teraz do historii przechodzi „Ośmiu wspaniałych + (o Danielu zapominać nie można)” naszego trenera Buźki!!! I nie nadużywaj pomarańczy...
Patrzy na Was Buźka zza wrześniowej pajęczyny... Ale aż taki stary nie jest:-) Wszystkiego naj...
No właśnie Jacek. Oj teraz zorientowałem się, że ten tytuł jest bardziej niż wieloznaczny. Ale niech będzie. Dwóch Jacków miało odegrać w całym przedsięwzięciu dużą rolę. Obaj ważną. O którym by tu najpierw? Trudna decyzja i dość bolesna. Wiem, że Buźka mnie zrozumie. Wiem, że Karola mnie zrozumie. Wiem, że ktoś jeszcze mnie zrozumie... Dobra, nie ma się co certolić. Jak to mówią „raz kozie śmierć”.
Koza. Zdążyliście go poznać. Zdążyliście go poznać po paru jego wpisach w komentarzach i właściwie poznaliście go takim, jakim ja go widziałem. Wszystko co na jego temat pisałem lub przemilczałem, podyktowane było emocjami. Silnymi. I tak będzie dalej. Trudno o osobie, którą nazywało się przyjacielem, nie pisać z emocjami. Dobra wystarczy. Nic nie będzie się tu wylewać, bo i nie o to chodzi. Źle się działo między nami od... jest o tym w jednym ze starszych wpisów:-) Właściwie straciłem ochotę na jakiekolwiek rozmowy z nim, choć wierzyłem i pewnie dalej wierzę, że jednak spotkamy się i zrealizujemy cel, który mamy do zrealizowania. Ja - jak to ja uważałem - że to on powinien pójść po rozum do głowy, z tego co mówił Buźka, on czekał aż ja się odezwę. No to sami widzicie, że w takiej sytuacji o nić porozumienia jest szalenie ciężko:-) Że śmieję się z tego? Bo to takie szczeniackie trochę, to i się mogę tylko z tego śmiać.
Koniec końców był film do zrobienia, film o czymś, co mamy zrobić w trójkę. To kurcze musiało nas być trzech. Potrzebne też były Kozy zdjęcia śmieszne, głównie z dzieciństwa. Tu Buźka zachował się bardzo mądrze i muszę go pochwalić. Właściwie dzięki niemu wykazałem się większą „dojrzałością” i w dość oschły sposób smsem poprosiłem, nie nie jest to dobre słowo, poinformowałem Kozę, że do filmu potrzebne będą takie to a takie foty. Chyba chciał wiedzieć po co, ale wiele z rzeczy filmowych i dla chłopaków chciałem potrzymać w tajemnicy. Miałem w końcu wizję... Nie pamiętam za którym razem, ale napisałem mu, że nie chce mi się i tak z nim gadać. Odpisał, że trudno w takim razie będzie zrobić film, ale że dobra, że spróbujemy. Chyba troszkę zmiękł, bo niedługo potem chciał znów o Oli pogadać. Na to ja jednak już nie miałem zdecydowanie ochoty. Coś między nami się zepsuło i nie zostało naprawione. Nie patrzyłem na niego już tak bezkrytycznie. A Ola... Przykro mi, ale to już tylko i wyłącznie jego zmartwienie. No i może Kiksona (fajny kolo od Kozy ze studiów), który razem ze mną towarzyszył niespełna rok temu Kozie, gdy wybierał się z obrączką do Oli. Może jeszcze poznacie tę i inne historie. A poznacie je na pewno, bo Koza chciał ciągle, żeby coś o Oli wspominać, więc jak kiedyś zechce oficjalnie zabierać tu głos i uzyskać stosowne prawa do tego, poznacie go, jego własnym spojrzeniem. W temacie wpisów powiem jeszcze tylko, że już niedługo zadebiutuje tu Buźka, musi tylko wrócić z Portugalii.
Drugi Jacek. To Jacek Mąka. Aktor moim zdaniem wybitny i jeszcze wiele lat grania przed nim. Właśnie on grał główną rolę w „Operze za trzy grosze”, w której ja byłem żebrakiem ledwie:-) Poznałem go oczywiście troszkę wcześniej, przy okazji różnych spotkań i praktyk związanych choćby z szeroko rozumianą psychotroniką. Pierwszy spektakl, który mi się z nim w jednej z ról podobał i dzięki któremu jakoś tak zakochałem się w teatrze, to były „Śluby panieńskie”, gdzie zajebiście zagrał Albina. A kolejne role, że wspomnę tylko Van Gogha w „Mistralu”, tytułowego „Samobójcę” Erdmana, a nade wszystko Izquierda - wybaczcie słowo, ale jest tu jak najbardziej na miejscu - takiego skurwiela, hiszpańskiego oficera z początków XIX wieku w dramacie „Montserrat”. Nigdy później czegoś takiego nie widziałem, a Hannibal Lecter Hopkinsa, to betka w porównaniu z tym co zrobił Jacek na scenie.
Jak każdy, tak i ten pomysł przyszedł nagle, takie olśnienie. Gdzieś na Sienkiewicza spotkałem go z Dianą, żoną znaczy. Kupił pomysł, choć jak się później okazało, nie do końca się zrozumieliśmy:-) Gdy trzy lata temu robiłem przedstawienie na Walentynki w POKiS-ie Jacek bardzo mi pomógł. Spektakl osadzał się na scenie balkonowej z Cyrana de Bergerac. Wypożyczył mi kilka osób z grupy, z którą właśnie pracował, a i przy okazji wymyślił układ walki szermierczej. Jejku kiedyś to było moje marzenie, muszkieterowie, Cyrano, płaszcz i szpada. Chciałem, żeby w tym zagrał, albo choć zabawił się w reżysera, ale akurat przygotowywał się do roli Skąpca. No ale teraz zgodził się pomóc z ochotą, na pojedynek też przystał, był tylko jeden problem. Wyjeżdżał do Francji i do Płocka miał wpaść właściwie tylko na trzy dni w lutym. Choć wiedziałem, że będziemy mieli piekielnie mało czasu, uzgodniliśmy datę 12 lutego. - Ależ Jacek mamy wtedy rocznicę - wtrąciła nieśmiało Dianka. Maka - jak mówią na niego we Francji - mrugnął okiem i potwierdził dwunastkę. Właśnie 12 lutego, ale to już ustaliłem z Łukaszem, mieliśmy skończyć zdjęcia do naszego filmu.
A już niedługo zdradzę kolejne filmowe tajemnice...
To już moje kolejne podejście do tego wpisu. Jędruś wbij sobie do głowy tumanie, że po kilku zdaniach, tak na wszelki wypadek kliknij „zapisz”, bo inaczej znów wszystko szlag trafi. A nie jest to miłe, przelać w słowa tyle emocji i nagle, jednym nieostrożnym ruchem myszki wszystkiego się pozbyć. Odtworzyć już tego nie da rady - każdy wpis jest już inny, towarzyszą mu inne emocje. Teraz jednak przyszła w końcu piękna wiosna, przejaśniło mi się w łepetynie, uśmiecham się do ludzi i piszę, w końcu piszę. I z przyjemnością sięgam pamięcią wstecz...
Po kilku kolejnych rozmowach z Łukaszem powrócił entuzjazm. Dzieciak sam miał kilka pomysłów, wyobrażał sobie niektóre sceny i naciskał na scenariusz, żeby z kopyta ruszyć do roboty. Chciał opracować ujęcia i takie tam, wtedy jeszcze dla mnie mało ważne pierdoły. Miał rację, że w pewnym momencie zacznie nam brakować czasu. A ja i tak już go wiele nie miałem. Siedziałem w kuponach, jak pamiętacie liczyłem głosy w naszym Plebiscycie na Najpopularniejszego i Najlepszego Sportowca Płocka, śledziłem dwa inne plebiscyty, które odbywały się w internecie i robiłem codziennie moją stronkę sportową. Roboty huk i w sumie chyba dobrze, że bark mi dokuczał, bo przynajmniej nie musiałem szukać czasu na treningi.
Pomysłów miałem mnóstwo. Jeden z nich dotyczył czołówki. Wymyśliłem sobie, że będzie się ona składała z serii zdjęć naszych z dzieciństwa. Krążyłyby tak sobie na ekranie, pojawiały się w różnej przypadkowej kolejności jakieś brzdące, a na koniec wypunktowalibyśmy każde i odpowiednio podpisali. A całość przy muzyce Syreny 104, kapeli punkowej, którą założyliśmy kiedyś w technikum razem z Simonem, Ślimakiem, Duchem (grał początkowo na basie, później zastąpiony przez Arka - o nim jeszcze będzie słów kilka przy okazji kręcenia filmu) i Czaszkinem, który był bardzo bliską nam osobą towarzyszącą. To on podczas koncertu na Inowrocławskich Spotkaniach Artystycznych miał wszystko nagrywać na kaseciaka, ale tak się podekscytował, że chwilami zamiast nas, słychać jego głośne „Show kurwa mać. Show dawaj!!!” zamiast „Twojej piątej wpadki ojciec nie przetrzyma, rodzinka zbankrutuje, rzuci Cię dziewczyna...” :-)
Ale co to ja chciałem? No właśnie. Żeby ewentualnie uciec przed płatnościami za wykorzystanie muzyki, pomyślałem, że fajnie byłoby wykorzystać jakąś syrenową piosenkę. Wybór był oczywisty, wobec tego, że film miał określać także mój charakter. „Opera” w której zawodzę do słów Simona „Pusty teatr był wieczorem na premierze Opery... stałem w cieniu za sceną, a na scenie schody, śmieci i tandetne bajery. Ciężka sztuka dla mistrza, chcę udawać cwaniaka, aż tu prysły marzenia, rzucili mi łachmany, powiedzieli - dziś zagrasz żebraka!”. Jedyna taka piosenka napisana specjalnie dla mnie, gdy miałem występować w moim pierwszym prawdziwym przedstawieniu, płockiej „Operze za trzy grosze” Brechta. To były czasy. I tak mi w duszy gra do dziś.
Wspominałem te chwile, gdy siedziałem w Karczmie Pod Strzechą, czekając na Łukasza. Tam się umówiliśmy, bo tam miała się rozgrywać jedna ze scen filmu i tam mieliśmy po raz pierwszy przegadać scenariusz. Scenariusz, który miałem tylko luźno w głowie. A który właśnie wtedy czekając na Łukasza przelewałem na papier. Zdążyłem tylko zamysł czołówki:
Wtedy przyszedł w końcu nieco spóźniony Łukasz i zabawa w film zaczęła się na całego. Pewne pomysły przechodziły, z innych trzeba było rezygnować. O wszystkich w sumie tu coś będzie, nie o wszystkich teraz, bo... Chodzi mi po głowie kolejny filmik hihihi. Ale właśnie wtedy, na drugiej kartce, został wypunktowany ogólny zarys całego scenariusza. Właściwie jego pierwsza wersja, która z przyczyn losowych uległa później bardzo dużej modyfikacji...
Plan był prosty. Najlepszym miejscem na ogłoszenie tego co chcemy zrobić i do czego dążymy, będzie Płocki Bal Sportu. A to z tej prostej przyczyny, że trudno znaleźć lepsze miejsce, na którym jednocześnie znajdzie się tylu sportowców, tylu prezydentów i tyle osób nam przychylnych, choć absolutnie i nawet słówkiem nie wtajemniczonych w projekt. Wyjątkiem był tu Olo, który - że tak powiem - namacalnie w przedsięwzięciu uczestniczył. Jednak i on, choć dużo mi pomógł, nie znał wszystkich szczegółów. Olo znał tylko adres bloga, który staraliśmy rozpowszechnić najpierw poza Płockiem. Udało się o czym świadczą odwiedziny nie tylko z Polski, ale i Niemiec, Irlandii, Austrii, Danii, Finlandii, Włoch, Holandii, a nawet Izraela! Niekwestionowaną liderką i fanką naszego przedsięwzięcia została Karolina, która ze swoją Amelką, zaglądają do nas systematycznie z Anglii.
No tak. Bal balem, ale jak to ogłosić? Żeby wpaść na pomysł, od września miałem mnóstwo czasu. I wcale ułatwieniem nie był fakt, że miałem go poprowadzić (tzn. część plebiscytową z ogłoszeniem wyników na Najpopularniejszych i Najlepszych Sportowców i Trenerów Płocka w 2006 r.). Tak wyjść i powiedzieć? A kogo to zainteresuje? Tu trzeba było czegoś, czego jeszcze nikt w Płocku nie robił i pewnie długo nie zrobi. Tu trzeba było, nie tyle wygłupu, ile pokazania, że potrafimy się śmiać z siebie, że choć ludzie mogą się pukać w czoło na nasz widok, to my swoje zrobimy, bo rzecz warta jest grzechu, bo wierzymy w nasz pomysł i wierzymy w to, co chcemy pokazać i wykrzyczeć całemu światu.
To był jeden z tych monotonnych treningów, kiedy zmęczony umysł, przekazuje ciału sygnały w stylu „daj sobie spokój, nie męcz się tak”. Nie wiem skąd przyszedł impuls, ale w jednej chwili wiedziałem. Zrobimy film, w którym pokażemy naszą walkę, jej początki i który powie o nas, w bardzo krótkim czasie wszystko. Choć nie. Film to za dużo słowo. Raczej reportaż o trzech typach, spotykających się nad Wisłą. Dopiero kilka miesięcy później, gdy przed oczami przewijały mi się już obrazy konkretnych scen i gdy zaczynałem się śmiać sam do siebie, wiedziałem, że to będzie co innego. Myśl, marzenie właściwie, nie miała jeszcze ostatecznego kształtu. Wiedziałem tylko jedno, że Betlej dla nas tego nie zrobi, a to już był kłopot. Czas mijał nieubłaganie. Była już właściwie połowa stycznia, a poza marzeniem i myślami, nic nie było gotowe. W końcu skontaktowałem się z Łukaszem. Ładnych kilka maili wymieniliśmy, aż w końcu powiedział: - OK. Tylko to będzie kosztowało. Buźka pisał mi potem czy już nie ma oprócz nas filantropów? Ale Łukasz, dobry dzieciak, zjechał z ceny, bo podobał mu się pomysł, a ja znalazłem pieniądze. Łukasz mówił, że to będzie raczej spot, a ja już wiedziałem, że to będzie film...
Tak mówiła moja śp. babcia Reginka. Że Andrzejek lubił przychodzić na figliki. Lubiłem też jeść tylko ciasto jak słoneczko. I choć wyrosłem figliki lubię nadal, a i ciasto wolę takie słoneczne właśnie. Nie tylko ciasto zresztą. W miarę jednak jak rosłem poznawałem też inne znaczenie słowa figle... Teraz na przykład, choć z dużym poślizgiem, czas najwyższy zacząć opowieść o wielkiej radości jaką miałem mieć (nie tylko ja zresztą), nie tyle z figla, co z wielkiej niespodzianki. Już ten blog miał być jej elementem. Miało być wielkie bum, wielki szum, szczęki na podłogach, a jest... rozłam, znak zapytania jeden wielki, zniechęcenie i szukanie radości, która na każdym kroku wymyka się z rąk. Ale opowieść będzie barwna, pojawią się w niej osoby, o których do tej pory nie było mowy i nijak nie będziemy dbać o konsekwencje, bo my naprawdę nie robimy i nie zamierzamy robić nic złego. A że emocji będzie sporo? Takie jest życie.
Jak napisał mi kilkanaście minut temu Buźka z Portugalii: „Pozdrawiam. Podchodź z uśmiechem do wszystkiego, do treningu też. Mamy tylko jedno życie, na drugie nie zaproszą nas wcale... może tylko jako kamienie w innym wcieleniu. Po przyjeździe wstawiamy łódkę do szkutnika. Czas rozpocząć sezon...” I nie chodzi o łódkę, i nie chodzi o zejście na wodę. Uśmiech. To jest to. Tak Buźka. Mamy jedno życie. A co do zaproszenia na drugie? Sami się kurwa zaprosimy. Nie będziemy pytać nikogo o zgodę. Będziemy walczyć do końca. Nie spodziewałeś się tego co? Jędruś podnosi głowę do góry i znów prze do przodu. I wiesz co stary? A niech nam ktoś podskoczy. A niech ktoś z naszego powodu się obrazi. A niech czyni komuś różne niestosowne uwagi. Załatwimy wszystkich!!! Z uśmiechem, w promieniach słońca, pokażemy to, co chcieliśmy pokazać od początku. Pokażemy to co ja chciałem pokazać od początku. Pokażemy miłość, pokażemy szacunek, pokażemy jak można zapieprzać „do zerzygania”, po to tylko, żeby na mecie, żeby nagrodą był słoneczny uśmiech. A co!!! Do roboty!!! Drżyj życie i nie zadzieraj z Jędrusiem...
Karuzela, karuzela... a Niemcy i tak przegrali :-)
To dziwne jak zmienne są koleje ergometrowych losów moich. Głowa, serce, spokój ducha - chyba nigdy wcześniej zajmując się zawodowo sportem nie zastanawiałem się nad tym. Owszem poznałem smak wysiłku jako pacholę jeszcze, próbujące trenować pływanie. Inaczej bym tego nie nazwał, bo gdy tylko trafiłem na w pełni zawodowe zajęcia, tj. treningi dwa razy dziennie, czy to zacząłem tyć, czy tam coś jeszcze zaczęło się dziać (dziś wiem, że to jakość opieki trenerskiej i charakter trenera), w każdym razie ewentualna kariera skończyła się szybko. Na jednym starcie, na jakimś międzynarodowym meczu pływackim, na którym i tak występowałem poza konkursem. Kurczę właśnie mi się to przypomniało?! Poznałem też smak wysiłku sportowego później, gdy już jako dziennikarz usiadłem na ergometrze po raz pierwszy, na zawodach, kiedy potem umierałem, kiedy paliły gorącym ogniem wszystkie mięśnie, kiedy myślałem tylko o wiecznym spokoju, kiedy ustąpiłby ból, kiedy mógłbym oddychać normalnie...
Wracając do „głowy, serca i spokoju ducha” już wiem jak ważne to są czynniki, jak mogą wznieść człowieka na wyżyny, jak mogą zepchnąć go w przepaść. Wiem też dzięki temu skąd wzięła się u mnie ostatnia kontuzja i m.in. późniejsza długa przerwa. Ale wróćmy na ziemię. Za chwilę pokażę Wam jak właśnie można podczas treningu wejść na szczyt, by za chwilę z niego spaść. Jak można wiedzieć o tym podejściu, a jak samemu można to schrzanić.
Dzień 131 - 19 stycznia. Wczoraj był dzień przerwy. Dzisiaj też o tym myślałem, ale nie mogłem usiedzieć w miejscu. Jestem w szkolę i robię interwał. Moje drugie ja powiedziało „podziel wysiłek na pół”. No i ruszyłem... Rozgrzewka 10 min - 166,6 wat, 145 cal i 2342 m! Wyrównany rekord z 19 grudnia i 4 stycznia!!! Tętno przekroczyło 150. Rekordowy to chyba dzień.
1. 20 min (1 minuta ostra i 2 minuty luźne) - idzie zajebiście na poziomie 280 wat!!! A potem długie odcinki pływam nawet powyżej 300 wat!!! Jak nigdy. Kończę - 156,4 wat, 279 cal, 4588 m!!! Tętno max 167 (dzisiaj bez tabletek). Czas na drugie 20 min.
2. 20 min (1 min ostra na 1 luźną) - pierwsze pięć mocnych zajebiście i mocno, i znów jak nigdy, że średnią chyba ponad 300! Później nieco słabiej, ale po pierwsze wytrwałem, po drugie rekord i tak jest - 140,1 wat, 260 cal, 4422 m i tętno max 168/95. To jeszcze kilometr rozpływania.
Dzień 134 - 22 stycznia. Wieczór. Szkoła. Radość. Polscy szczypiorniści skopali tyłki Niemcom na Mistrzostwach Świata w piłce ręcznej. Niektórzy wyją ze szczęścia. Złość, dzięki której jadę życiówkę na rozgrzewce. 10 min - 2359 m (choć spodziewałem się dużo więcej, tak się na doręcznej i ergometrze wyładowywałem). Ale i tak strasznie się cieszę. Teraz pojadę 12 km. I jadę - bez słabości, bez przerwy, bez głupot, bez dzielenia na pół i... Ostatnie 400 m to nagroda. Słucham „Psalmu...” Rubika. Cudowne uczucie. 12 km - 165,1 wat, 743 cal, 51.23,0 min i tętno 168/101 (bez tabletek) i kilometr szczęśliwego rozpływania jeszcze.
Buźka: „Zajebiście. Wezmę Cię do kadrowej ósemki... uśmiechnij się. Jest O.K.”
Dzień 135 - 23 stycznia. Od razu widać różnicę, gdy podejście jest inne. Zabrakło wczorajszej złości i różnica widoczna gołym okiem. Zaczynam rozgrzewkę za mocno i po minucie postanawiam ją skrócić, bo wiem, że nie dam rady. Po kolejnej minucie staję w miejscu! Sam sobie daje zjebki, tak przecież nie może być. W końcu łapię ze trzy głębokie oddechy i... płynę normalną rozgrzewkę. 10 min - 2340 m. No!!! Teraz ciągłe 12 km. Po pierwszych 6 km zwalniam przy średniej 171,5 wat, a przecież wcześniej była jeszcze wyższa. Trzymam jednak i tak dość dobre tempo, pod koniec (2 km) wyraźnie przyśpieszam. 12 km - 163 wat, 740 cal, 51.36,3 min i tętno 172/96. Jeszcze kilometr.
Buźka: „Nie można piąć się ciągle w górę, czasami trzeba spaść, aby wyżej wejść...”
Jędruś: „Oj tam od razu spaść... W sumie tylko kilka sekund gorszy byłem niż wczoraj:-)”
Dzień 136 - 24 stycznia. Koszmarna rozgrzewka. Fizycznie słabo, psychicznie jeszcze gorzej. Jędruś co Ci? Przecież nie może mieć ona na Ciebie takiego wpływu. Ma. A tłumaczyłem Buźce, że coś się ze mną dzieje, że może lepiej iść na basen. Nie, stanowczo zalecał ergometr. Jędruś przecież też masz swój rozum! - to już moja myśl, która przyszła o wiele za późno. Rozgrzewka 10 min - tylko 2230 m. Już nie pamiętam kiedy ostatnio było tak słabo. Pojadę 12 km i naprawdę nie wiem jak będzie. Po 500 m spuchłem tak, że nikt nie miałby mi za złe, gdybym sobie odpuścił dzisiaj. Nikt... oprócz mnie. Tak, to był koszmar. Chwilami nie wiedziałem czy to tylko cieknący strumieniem pot zalewa oczy, czy to coś jeszcze. Po 5 km pomyślałem, że jeśli w ogóle skończę to będę wielki. Skończyłem, bez uczucia wielkości. 12 km - 111,9 wat, 667 cal, 58.30,04 min. Tętno 122/84. Idę pod prysznic już bez rozpływania. „I wiesz co postanowiłem?” - pisałem w notce do Buźki. „Brać poprawkę na odczucia organizmu. Widziałem i wiedziałem, że coś się dzieje, że potrzeba trochę luzu, bo w tym tygodniu minutkę na minutkę może szlag trafić. Odczuwam silny ból i sztywność od lewego barku po kark, drętwieje mi boleśnie lewa ręka. Choć nie wiem czy drętwieje to dobre słowo, bo może coś naderwałem. Pozdro”.
Dzień 138 - 26 stycznia. W środę odbyłem ostatni, strasznie uszarpany trening.
Jędruś do Buźki: „Właściwie to lewej ręki wyżej barku nie podniosę, a i to z trudem. Ot efekt treningu środowego. I jak to mówią masz babo placek”.
Buźka do Jędrusia: „Jak to mówią, wyżej dupy nie podskoczysz... Odpocznij wioślarsko, nabierz chęci... Nie na siłę. Pozdrowionka”.